|
|
|
|
|
U mojego kresu jest mój początek Gdy człowiek umiera, akceptując życie
wieczne ofiarowane mu przez Boga, nie umiera wcale. Mówienie o
„umieraniu” w takim kontekście nie jest wyrażeniem
trafnym, bo śmierć oznacza koniec definitywny, a tu o czymś
takim trudno mówić. Uważamy,
że położna i grabarz spinają swoją
posługą, niczym klamrą, ziemskie życie człowieka.
Zabrzmi to banalnie, ale mimo ich trwałej obecności wśród nas,
nie wiemy ani tego, co było, zanim tu przyszliśmy, ani tego, co
staje się wraz z naszym odejściem. Owszem: w poznaniu tego, co
było przed naszym urodzeniem, pomocą może stać się
opowiadanie innych, wspominających lata i czasy minione. Nigdy nie jest
to doświadczenie z pierwszej ręki, a wiedza historyczna, nawet
poparta faktami, jest często kwestią wiary. W poznaniu
rzeczywistości po życiu sytuacja zdaje się być jeszcze
dramatyczniejsza. Nikt nam nie opowie, jak tam jest. Łazarz wrócił
między żywych, ale nie zostawił relacji o tym, czego
doświadczył po tamtej stronie. To samo dotyczy młodzieńca
z Nain i córki Jaira. Nawet Mistrz z Nazaretu, sprawca wskrzeszeń, nie
opowiedział Apostołom po swoim zmartwychwstaniu, jak wygląda
życie po tamtej stronie. Jedynie swoją fizyczną obecnością
– słowami i gestami – pobudzał ich wiarę w to,
że ludzie, chociaż naprawdę umierają, to też
prawdziwie zmartwychwstają. O tym, że
takie przesłanie nie było wcale oczywiste i nie od razu jawiło
się jako wiarygodne, świadczy fakt, że w obliczu spotkania ze
Zmartwychwstałym apostołowie powątpiewali w to, co wiedzieli.
Sami, w oparciu o spotkanie z Żyjącym, a nie dzięki jego
opowiadaniu o życiu po życiu, musieli rozwikłać
zagadkę bolesnego, ostatecznego i nieodwołalnego rozdarcia
ciała i duszy – śmierci. Wielkie pytanie Śmierć
budzi lęk i bunt, uświadamiając, że ludzka egzystencja w
niewielkim albo w żadnym stopniu zależy od nas samych.
Względna wydaje się być pociecha płynąca ze
słów „Bóg nie stworzył śmierci i nie cieszy się ze
zguby żyjących”, bowiem czytamy, że „Ja
tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam
pomyślność i niedolę” (Iz 45, 7). Łatwo
przyjmujemy te słowa, gdy śmierć dotyka ludzi wpisujących
się dziełami swojego życia w historię, np. dyktatorów i
tyranów. Z akceptacją znosimy śmierć tych, z którymi w
życiu nie było nam po drodze. Ale gdy kończy się
życie ludzi, których kochamy, odczytujemy to najczęściej jako
klęskę i niepowetowaną stratę. Hiobowa stoicka
konstatacja „Bóg dał, Bóg wziął” nie może nam
przejść przez gardło, gdy stoimy nad grobem najbliższych:
matki, ojca, dziecka. Na nic się
zda wyjaśnienie teologa dogmatyka o powszechnym podleganiu prawu
śmierci na mocy obciążenia wszystkich grzechem pierworodnym.
Na próżno teolog broni Stwórcy dowodząc, że śmierć
sama w sobie nigdy nie leżała w jego zamyśle i intencjach, a
moment odejścia z tego świata nie jest tragiczną chwilą,
ale kresem czasu zdobywania zasług przed Bogiem. Buntownik
dotknięty rozpadem fizycznego życia osoby ukochanej tym bardziej
ogłosi, że skoro tak się mają rzeczy, to jeszcze gorzej
dla Stwórcy. Czy nie jest bez winy Ten, który stworzył
„pascalowską” myślącą trzcinę, a
następnie poddał ją powszechnemu w przyrodzie prawu umierania
i skończoności? Mimo
całego buntu i bezsilności wobec śmierci usiłujemy
wyjaśnić jej tajemnicę. Chcąc obronić Boga –
jeśli w ogóle potrzebuje on obrony – a może po prostu
zająć stanowisko wobec nieodwołalności biologicznej
śmierci, łatwo uznajemy życie ziemskie za przedsionek
wieczności. Metaforycznie definiujemy śmierć jako bramę
do nowego, wiecznego życia, gdzie ostatecznie zostanie w nas wyzwolone
to, co przez lata było pętane i dławione w oczekiwaniu na
lepsze czasy. Posługując się taką retoryką, a czasem
słuchając jej na kazaniach z okazji pogrzebów, nie przychodzi nam
do głowy, że jest to klisza poglądów Platona, neoplatoników, a
w pewnym stopniu nawet św. Augustyna. Jednak biskup Hippony, konwertyta,
wycofał się z tych opinii, uznając je za błędną
deprecjację ludzkiego ciała. Ciało nie może być
uznane jedynie za więzienie ducha, ale jest jednością z
duszą i jako byt, osoba jest zawsze dla siebie magna quaestio –
wielkim pytaniem. Dlatego chrześcijanina nie zadowala myślenie
filozoficzne podług zakładu Pascala: albo tam jest strata, albo
zysk. Filozof bowiem po sokratejsku będzie usiłował wyzbyć
się lęku przed śmiercią i przyjąć ją w nadziei,
że „albo tam niejako nic nie ma, (...) albo jest to, jak
mówią, przeobrażenie jakieś i przeprowadzka stąd na inne
miejsce”. Chrześcijanin jest realistą zdającym sobie
sprawę, że „Bóg śmierci nie uczynił”, ale gdy
myśli o śmierci, ma na myśli rzeczywistość o wiele
bardziej złożoną niż śmierć biologiczna. Etapy życia Istnieje bowiem
śmierć pierwsza. Jest to nic innego jak oddzielenie duszy od
ciała, przy czym zachowana jest integralność człowieka
jako osoby. Osoba nie podlega unicestwieniu, jak mówią dogmatycy, ale
trwa, gdyż dusza to nie jakaś część mojego ja,
istniejące obok ciała, ale moje właściwe ja, zasada
człowieczeństwa posiadającego swój własny wypracowany
kształt, charakter, dorobek, bilans życiowych zysków i strat,
wyborów i dyskwalifikacji. Gdy człowiek umiera, akceptując
życie wieczne ofiarowane mu przez Boga, nie umiera wcale. Mówienie o
„umieraniu” w takim kontekście nie jest wyrażeniem
trafnym, bo śmierć oznacza koniec definitywny, a tu o czymś
takim trudno mówić. Nie jest to
wyjaśnienie abstrakcyjnym językiem bajki dla przedszkolaków o tym,
że dzieci przynosi bocian, a zmarły dziadek jest teraz z
aniołkami. Wyrażamy przekonanie, że śmierć
biologiczna jest zamknięciem pewnego okresu w życiu, które ma swój
początek, ale nie ma końca, chyba że dotknie kogoś
nieszczęście świadomego wybrania „śmierci
drugiej”, czyli śmierci ostatecznej. Ta druga śmierć
istnieje jako ryzyko i zagrożenie, gdy wybiera się świadomie własne
otwarcie na wieczną śmierć. Pomińmy narzucające
się natychmiast pytania, czy jest to ryzyko realne, czy hipotetyczne.
To, co nas dotyczy tu i teraz, to ta pierwsza śmierć, o której
powiedzieliśmy, że śmiercią nie jest, ale odejściem
do kolejnego etapu życia. Podkreślam
z naciskiem słowo „etap”. Tajemnicy śmierci nie
można bowiem wyjaśnić bez wyjaśnienia tajemnicy
życia. Zdawał sobie z tego sprawę T.S. Eliot kreśląc
w poemacie „East Coker” słowa „u mojego początku
jest mój kres”. Przychodząc na świat otrzymaliśmy do
rozwikłania zagadkę naszej egzystencji, pytanie o sens i znaczenie
życia. Dzisiaj, gdy jesteśmy nasiąknięci myśleniem
egzystencjalistów, łatwiej przychodzi nam twierdzić, że
ponieważ śmierć i narodziny są nieoczekiwane, muszą
być absurdem. Dla Sartre’a czy Camusa śmierć jest
wystawieniem człowieka na żer żyjących i na
litość ich osądów. W obliczu tak skrajnego pesymizmu trzeba
szukać odpowiedzi zdolnej przezwyciężyć deprecjację
życia. Śmierć ma sens Teilhard de
Chardin uważał, że nie sposób patrzeć na kosmos nie
dostrzegając obecnej w nim śmierci fizycznej. Nie tłumaczy jej
grzech pierworodny, gdyż w obliczu powszechności umierania
byłoby to tłumaczenie bezzasadne. Odkupienie zaś polega na
tym, że człowiek dzięki Chrystusowi jest wyrwany ze
śmierci obecnej w kosmosie. Te przemyślenia stały się
źródłem pewnych kłopotów w życiu francuskiego jezuity.
Zostawiając je na boku, uchwyćmy się jednej jego myśli:
grzech pierworodny nie tłumaczy śmierci człowieka. Co zatem
tłumaczy? Jedynym dostępnym kluczem do otwarcia tajemnicy
życia i śmierci człowieka jest życie i śmierć Jezusa.
Skoro odwieczny Logos stał się Ciałem i zamieszkał w
śmiertelnym ciele, co więcej: poniósł śmierć, Bóg
musiał dojrzeć w ludzkiej śmierci jakiś szlachetny
pierwiastek, zdolny do tego, aby stał się istotnym etapem na drodze
zbawienia człowieka. Dlatego dla Eliota cała ludzka egzystencja
wyjaśnia się w narodzinach i śmierci, które nie są
przypadkowe, ale zamierzone: „U mojego początku jest mój
kres”. Gwarantem odczytania sensu ludzkiego cierpienia i śmierci
były dla tego anglikańskiego poety Wcielenie Chrystusa i misja
Kościoła: „Jedynie
zdrowie zmieniasz w niemoc, posłuszny
konającej siostrze dbałej nie
o to by nam schlebiać, lecz
przypominać nam o naszej i Adamowej klątwie (...) Świat
cały naszym jest szpitalem, wzniósł go
milioner zrujnowany...”. Ta na pozór
pesymistyczna fraza jest afirmacją biblijnego przesłania o
wartości życia i śmierci. Bóg-Człowiek, ten zrujnowany na
chwilę milioner, a zarazem zraniony chirurg, rozszyfrowujący
bezbłędnie treść wykresu choroby, jaką bywa niekiedy
życie, nie zniósł biologicznej śmierci, ale nadał jej
najgłębsze znaczenie. Francuski teolog Martelet podnosi, że
oprócz Jezusa nikt nigdy w historii nie pretendował do tego, by przez
swoją śmierć przemienić duchową kondycję
człowieka. Jego agonia i krzyk z wysokości: „Boże, mój
Boże, czemuś mnie opuścił” oraz „Ojcze, w
Twoje ręce powierzam mego ducha!” wyrażają definitywne
przezwyciężenie dramatu ludzkiej śmierci i ciemności.
Odtąd śmierć przestaje być ciemnością, ale
staje się oddaniem całej osoby Bogu, po to, aby mieć
udział w Jego życiu.
Odtąd życie ma sens, ponieważ śmierć ma sens.
Jedno wyjaśnia się drugim i jedno bez drugiego istnieć nie może,
a inne rozwiązania są tylko iluzją. Ten klasyczny
krąg hermeneutyczny, swoisty kamień obrazy dla logików i filozofów,
nie zamyka nas w klamrach życia rozpiętych między
położną i grabarzem, ale rozpościera przed nami nowe
horyzonty. Eliot kończy swój poemat słowami „U mojego
kresu jest mój początek”, a ten początek to wejście w
inny wymiar raz rozpoczętego życia. O. Wiesław
Dawidowski Tygodnik Powszechny, 30.10.2006 |