|
|
|
|
|
Ona jest wiarą mocna Mojej wiary w Boga nie zaburzy żaden człowiek
ani zdarzenie – wyznaje znana aktorka Anna Dymna Marysia
Wilczur, Ania Pawlaczka z komedii o Pawlakach i Kargulach, Barbara
Radziwiłłówna – to zaledwie kilka filmowych ról Anny Dymnej,
które uczyniły z niej gwiazdę i ulubienicę publiczności. W bogatym
dorobku artystycznym aktorki znalazły się wspaniałe kreacje,
jakie stworzyła na scenie macierzystego Teatru Starego w Krakowie, gdzie
nadal pracuje. Od zupełnie innej strony poznaliśmy Dymną w
telewizyjnych programach „Spotkajmy się”. Raz w
miesiącu w telewizyjnej Dwójce rozmawia ona w fascynujący sposób z
ludźmi niepełnosprawnymi, przybliżając widzom ich
marzenia, postawy i sposób na życie. Mądrość audycji
polega na tym, że możemy tych ludzi lepiej poznać i wiele
się od nich nauczyć. Zrozumieć, czym jest szczęście,
jak nie dać się złamać losowi, i że nie warto
rezygnować z życiowych zamiarów. Mimo wszystko. „Mimo
Wszystko” – to nazwa fundacji charytatywnej, którą Anna
Dymna prowadzi od 2003 r. Aktorka przyznaje, że praca z ludźmi
niepełnosprawymi daje jej ogromną energię. Odkryła
też prawdę, która kiedyś stanowiła dla niej
tajemnicę, podczas gdy inni już tę tajemnicę dawno
posiedli. – To nie jest tak, że tylko my jesteśmy potrzebni
ludziom chorym i niepełnosprawnym. Oni są nam bardzo potrzebni.
Mają w sobie coś takiego, co może przywrócić
człowiekowi wiarę w sens istnienia – zauważa pani Anna. „Próbuję i udaje się” Mówi o sobie:
– Jestem aktorką, ale jestem przede wszystkim człowiekiem.
Mogę dokonywać wyborów, do czego używam swojej publicznej
twarzy. Wiem, że może ona także w inny sposób
służyć i pomagać ludziom. Próbuję i udaje się. Za każdym
razem podkreśla służebną rolę swego zawodu, który uczynił
z niej osobę popularną, ale tę sławę chciałaby
spożytkować, pomagając innym. – Ludzie, mając w
pamięci moje role, po prostu mnie lubią. Przez wiele lat bardzo
ciężko pracowałam na moją twarz. Wykorzystuję
ją teraz z premedytacją – mówi. I namawia ciekawskich, by
sami zaczęli pomagać chorym i niepełnosprawnym. Wtedy
znajdą odpowiedź na nurtujące ich pytania. Dlatego
irytują ją uwagi, jakie padają pod jej adresem w zawodowym
środowisku: – Dlaczego zajmujesz się tymi
niepełnosprawnymi? Przecież to jest okropne: oni plują,
bełkoczą, robią pod siebie, głupio się
zachowują – dopytują koledzy. Kiedy nie wytrzymuje, rzuca im
prowokacyjnie w twarz: – Pomagam im tylko dlatego, że nie mam
ochoty pić wódki. Ale tak
naprawdę nigdy nie zastanawiała się, dlaczego to robi. Tak
została ukształtowana przez dom rodzinny, religię i
matkę, która w ludziach dostrzegała przede wszystkim dobro i
wpajała jej, że człowiek jest tyle wart, ile uczyni dobrego.
Jest przekonana, że ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy. Problem w
tym, że wielu z nich nie uświadamia sobie drzemiącego w nich
potencjału dobra. Tę dobroć należy w nich dopiero
rozniecić. A zło jest tylko chorobą. Dlatego Dymna twierdzi,
że nikogo nie wolno potępiać, wykluczać, tylko trzeba
szukać pozytywnych wartości. Nie ma bowiem ludzi stuprocentowo
złych czy podłych. Są za to ludzie samotni, zagubieni,
okaleczeni wewnętrznie. W każdym można jednak
znaleźć odrobinę dobrych uczuć. Ciekawość
dotycząca wnętrza człowieka była u Dymnej obecna od
wczesnej młodości. Dlatego początkowo po szkole średniej
chciała zdawać na psychologię. Przypadek sprawił, że
egzaminy do szkoły aktorskiej odbywały się wcześniej. Do
krakowskiej PWST zdała i została przyjęta. I to już nie
psychologia, ale zawód aktorski i praca nad wieloma rolami dały jej
umiejętność rozmawiania z ludźmi doświadczonymi
przez los, bo aktorstwo nauczyło ją nawiązywania kontaktu z
drugą osobą. Aktor musi umieć słuchać i
rozumieć drugiego człowieka. – Nauczyłam się
patrzeć, słuchać i rozumieć, dlatego chyba
odważyłam się prowadzić program telewizyjny Spotkajmy
się. A role, takie jak Marysia Wilczur czy Ania Pawlaczka,
sprawiły, że jestem znajomą tysięcy ludzi. To pomaga
bardzo w społecznej działalności – przyznaje Dymna. Jak ona to robi? Skąd
bierze tyle sił, by sprostać obowiązkom, które
wzięła na swoje barki? – zastanawiają się
przyjaciele i znajomi. Dymna odpowiada prosto: – Z wielu rzeczy.
Budzę się rano i znowu biegnę do przodu – mówi, nie
zagłębiając się w szczegóły. Tylko bardzo bliscy
wiedzą, jak jej czasem trudno, kiedy boli kręgosłup uszkodzony
w czterech wypadkach samochodowych. Nie chce o tym mówić, wiedząc
dobrze, że ból i cierpienie wpisane są w człowieczy los i
trzeba je przyjmować „z dobrodziejstwem inwentarza”.
Przyciśnięta do muru przyznaje, że fundację założyła
tylko po to, by uratować warsztaty terapeutyczne dla dwudziestu
sześciu osób niepełnosprawnych umysłowo, kiedy w poszukiwaniu
oszczędności cofnięte zostały dotacje rządowe na ten
cel. Ludziom pokrzywdzonym przez los, których poznała w Radwanowicach, zawalił
się wtedy świat, bo uczestnictwo w warsztatach twórczych
dawało im ogromną radość i możliwość
realizacji. Do ośrodka w Radwanowicach przyjeżdżała
początkowo jako osoba całkowicie prywatna, a ściągał
ją tam ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kilka lat temu przyjechała do
radwanowickiego kościoła w Boże Narodzenie na Mszę
św. – Nabożeństwo, w którym uczestniczą
niepełnosprawni umysłowo, wywołuje szok u zwyczajnego
człowieka – przyznaje Dymna. – Oni modlą się i
śpiewają w bardzo specyficzny sposób. Wszystko robią z
otwartością i zaangażowaniem, wielbiąc Boga, który ich
kocha. Początkowo
bała się tego kontaktu, obawiała się, że nie
udźwignie widoku nieszczęścia. Nie czuła się
przygotowana. Ale między Dymną a podopiecznymi ks. Zaleskiego
zaczęła wytwarzać się więź. Ksiądz
uważnie obserwował ich reakcje na obecność aktorki.
Któregoś razu zaprosił ją, by obejrzała próby
przedstawienia Teatru „Radwanek” i podpowiedziała rady
terapeutkom, które pracują nad przedstawieniami. No i wsiąkła.
Zaczęła się miłość wzajemna Dymnej i
niepełnosprawnych. Aktorka jest zachwycona tym, co robi ks. Zaleski i
Fundacja Brata Alberta, prowadząca trzydzieści placówek, schronisk,
warsztatów terapii zajęciowej, świetlic terapeutycznych,
środowiskowych domów samopomocy. Prowadzą też przedszkole i
szkołę integracyjną. Swoje poczucie wspólnoty z ks. Zaleskim
pani Anna opiera nie tylko na tym, że oboje fascynuje
działalność na rzecz niepełnosprawnych. Ich
więź Dymna wywodzi też od wspólnego dla obojga pochodzenia
ormiańskiego. Kiedy w 1999 r. otrzymała Medal Brata Alberta,
poczuła, że to wyróżnienie jest jej dane niejako na wyrost i
musi na nie zasłużyć. – Ks. Zaleski wiedział chyba,
że moja prababcia była Ormianką. Ormianie mają to do
siebie, że niczego za darmo nie przyjmują. Dlatego postanowiłam
zapracować na swój medal – mówi Dymna. Dobro rodzi dobro I
zaczęło się. W 2001 r. narodził się pierwszy
Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób
Niepełnosprawnych Intelektualnie „Albertiana”,
wymyślony w taki sposób, by uczestnicy tego święta poczuli,
że są normalnymi aktorami. Do napisania słów do hymnu
„Albertiany” namówiła Czesława Miłosza. Podczas
festiwalu zawsze występuje zespół niepełnosprawnych z Radwanowic.
W 2005 r. pokazali adaptację bajki Andersena Brzydkie kaczątko. Dymna
od razu dodaje, że jej przyjaciele są jak „brzydkie
kaczątka” – po prostu cudowni. Pięknego
łabędzia trzeba w nich dopiero zobaczyć, bo ich świat
reprezentuje zupełnie inne wartości od naszego, tylko z pozoru
normalnego, w którym ciągle zmuszamy się do przybierania póz,
udawania, ścigania i ciągłego udowadniania, że
jesteśmy lepsi od innych. Dymna za każdym razem odkrywa, że z
tego kontaktu czerpie coraz to inną, wypływającą od tych
ludzi mądrość. Jest zachwycona ich autentyczną
radością, okazywaniem więzi, czuje, że oni naprawdę
kochają i potrzebują drugiego człowieka jak powietrza. To
piękne być potrzebnym drugiej osobie. Kiedy nad
ośrodkiem w Radwanowicach zawisła groźbna likwidacji, bo po
nowelizacji ustawy o rehabilitacji i zatrudnieniu osób niepełnosprawnych
budżet państwa nie chciał już finansować warsztatów
terapeutycznych osobom, które jednocześnie mieszkały w domach
opieki społecznej, trzeba było zacząć działać.
Dymna za namową ks. Zaleskiego, który powiedział:
„Przecież i Ty możesz coś zrobić” –
założyła fundację. Od 2003 r. emitowane są w
telewizji odcinki programu Anna Dymna – Spotkajmy się, którego
współautorem i producentem jest Mateusz Dzieduszycki. Dzięki tej
audycji ludzie otwierają swoje serca i portfele. Uczą się
inności i mądrości niepełnosprawnych, którzy nieraz
żyją tuż obok. Fundacja Anny Dymnej „Mimo
Wszystko” jest instytucją pożytku publicznego. Każdy z
nas może przekazać jej 1 proc. swego podatku w ramach corocznych
rozliczeń z urzędem skarbowym. W listopadzie ub.r. fundacja otrzymała
teren opuszczony przez wojsko w nadbałtyckim Lubiatowie. Pani Annie
marzy się, aby tam powstał ośrodek wczasowo-rehabilitacyjny
dla osób niepełnosprawnych oraz dzienne warsztaty terapii
zajęciowej. Wymyśliła też Festiwal Zaczarowanej Piosenki. Dobro rodzi
dobro. Jako oddział jej fundacji z inicjatywy młodych ludzi z
Akademii Sztuk Pięknych powstała fundacja „Studenci
studentom”. Koledzy chcieli pomóc umierającemu na raka krwi
przyjacielowi z uczelni. Patronat nad tym przedsięwzięciem
zgodził się objąć kard. Franciszek Macharski. Dymna
wspólnie z Maćkiem Stuhrem prowadziła aukcje dzieł sztuki
ofiarowanych przez profesorów i studentów krakowskiej ASP, by zebrać
środki na leczenie. Udało się zgromadzić kilka
tysięcy złotych, jednak chorego nie można już było
uratować. Studencka fundacja jednak pozostała, bo każdy
może zachorować. W każdej chwili. Anna Dymna jest
człowiekiem pełnym ciepła, serdeczności i
niespożytej energii. Z planu zdjęciowego goni zagrać spektakl
w Teatrze Starym w Krakowie albo na nagranie do telewizji. Sprawami fundacji
zajmuje się nieustannie. O każdej porze dnia, a kiedy trzeba
– również i nocy. Znajduje też czas na refleksję.
Wyszła właśnie książka, w której opublikowany został
wywiad rzeka, jaki z Dymną przeprowadził Wojciech Szczawiński.
Mądra książka, nad którą warto się pochylić, by
lepiej zrozumieć bliźniego. Kupując ją, można
również wesprzeć fundację. Zastanawiałam się,
skąd u Dymnej taka ogromna miłość, która przepełnia
przestrzeń między nią a innymi. Już wiem: Z wiary.
– Mojej wiary w Boga nie zaburzy żaden człowiek ani zdarzenie
– wyznaje Dymna Szczawińskiemu. Ona jest wiarą mocna. To
widać. – Nigdy nie pomagałam ludziom, by potem czekać na
ich wdzięczność albo nagrodę od Boga w życiu
wiecznym – mówi. I dodaje: – Nie
kalkuluję. Alicja
Dołowska 15.05.200 |