PUŁKOWNIK KUKLIŃSKI

 

W lutym minął rok od śmierci pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Jego grób  na Powązkach Wojskowych znajduje się tuż obok mogiły zmarłego kilka tygodni później  Jacka Kuronia. Jakże odmienne były pogrzeby tych tak mocno zaznaczonych w polskiej historii postaci. Dla transmisji pożegnania ministra z rządu Mazowieckiego poświęcono parę sobotnich godzin pierwszego programu telewizji a w ceremonii wzięli udział wszyscy przedstawiciele najwyższych władz państwowych oraz większość z żyjących notabli PRL – u. Na pogrzebie Kuklińskiego było tylko dwóch byłych premierów – Jerzy Buzek i Jan Olszewski. A przecież i dokonania i ofiary poniesione przez pułkownika  na pewno nie są mniejsze od zasług przywódcy walterowców.

Brytyjski marszałek Harald Alexander opisując w latach sześćdziesiątych Ludowe Wojsko Polskie stwierdził, że składało się ono z trzech zasadniczych części. Pierwszą stanowiły bardzo rozbudowane jednostki inżynieryjne i wspierające transport. Ich podstawowym zadaniem miało być umożliwienie przerzucenia przez Polskę, w ciągu pierwszych dni wojny z Zachodem, milionów sowieckich żołnierzy wyposażonych m.in. w dziesiątki tysięcy czołgów. Nieproporcjonalnie liczni polscy saperzy mieli dla sowieckich armii błyskawicznie zbudować olbrzymią ilość przepraw przez rzeki. Druga część LWP to dywizje pancerne i zmechanizowane, które u boku Sowietów miały walczyć z Bundeswehrą. Podobną rolę miały odegrać stosunkowo duże jednostki desantowe, które wylądować miały na wybrzeżach Danii, Norwegii i Niemiec. W ocenie Alexandra – trzecia część podległego Sowietom wojska miała zapewnić wewnętrzną stabilność PRL – u,  czyli w warunkach wojny pilnować trwałości komunistycznego reżimu. Pół żartem pół serio zarówno w Pentagonie, jak i w dowództwie Armii Czerwonej mawiano, że w wypadku trzeciej wojny światowej nie ma całkowitej pewności, po której stronie staną Polacy i w którą stronę strzelać będzie ich armia.

W armii tej znajdowało się wielu oficerów którzy, pomimo stosunku służby, złożonej przysięgi i partyjnej przynależności, wcale nie pałali ciepłymi uczuciami do Związku Sowieckiego a obowiązującą doktrynę obronną PRL – u uważali za śmiertelne zagrożenie dla samego istnienia polskiego narodu. Świadomość tę musieli mieć wszyscy znający obronne plany Zachodu i wyciągający z nich wnioski. Dla zabezpieczenia się przed sowiecką agresją wzdłuż wschodniej granicy RFN zbudowano bowiem tzw. Linię Tretnera, na którą składały się setki bunkrów mających przerażające przeznaczenie. W momencie zagrożenia znaleźć się w nich miały ładunki nuklearne. W razie wdarcia się wojsk Układu Warszawskiego wgłąb Niemiec - zostałyby one zdetonowane, tworząc szeroki na kilkadziesiąt kilometrów i ciągnący się przez środek Europy atomowy pas śmierci. Zniszczyłby on część sił agresora i przez pewien czas ochraniałby zachód kontynentu przed pochodem Rosjan. Zarazem jednak byłby katastrofą dla ogromnych obszarów RFN. W obronnych planach NATO zwyciężał więc wariant położenia nacisku na zatrzymanie Sowietów już kilkaset kilometrów na wschód od Linii Tretnera. Czyli – w Polsce. W tym scenariuszu, w przypadku napaści Związku Sowieckiego na Europę Zachodnią, jednym z głównych celów zmasowanego ataku nuklearnego byłyby szlaki komunikacyjne, wiodące przez nasz kraj. Oficerowie Sztabu Generalnego musieli sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli doszłoby do wojny – już w pierwszych dniach mogły zginąć miliony Polaków. Drugim „celem nr 1” pierwszych chwil wojny byłyby składy broni atomowej przeciwnika. Trudno powiedzieć, jaka jest w tym zasługa polskich władz komunistycznych i dowództwa LWP, ale faktem pozostaje, że na obszarze PRL – u Sowieci składowali zdecydowanie mniejsze ilości broni jądrowej, niż w NRD lub Czechosłowacji. Wmyśl niektórych opinii był to efekt braku zaufania do niepewnego sojusznika. Wg innych – skutek  oporu naszych ówczesnych władz.

Ryszard Kukliński rozpatrywał wojenne scenariusze będąc oficerem polskiego Sztabu Generalnego. Miał dostęp do materiałów tajnych i szczegółowych. Dzięki temu wiedział, że w przypadku wojny z Zachodem – nie zdoła się on obronić środkami konwencjonalnymi. Przewaga Układu Warszawskiego w ilości  wojska, czołgów czy samolotów – nie dawała przeciwnikowi szans bez uciekania się do „guzika atomowego”. Kukliński był jednym z kilku ludzi najlepiej w Polsce zorientowanych w skali i realności zagrożenia. Kilkakrotnie przeżył okresy, w których świat zbliżał się do krawędzi trzeciej wojny światowej – choć wiadomości o takim zagrożeniu w ogóle nie przedostawały się do opinii publicznej. W czasie wizyt w Moskwie przekonywał się, że sowieckie władze jak najbardziej poważnie traktują możliwość niespodziewanego  zaatakowania Zachodu.  Znał sowieckie plany, wg których 95% wojsk ze Związku Sowieckiego – miało się przewalić przez Polskę. Wiedział też, że w ich stronę zostanie wtedy wystrzelonych od 400 do 600 pocisków z głowicami nuklearnymi. Posiadając tak wyjątkową wiedzę – szukał sposobu na to, by swój kraj przed zagładą uratować.

W połowie lat sześćdziesiątych Kukliński postanowił działać. Jego ówczesna koncepcja zakładała utworzenie w łonie Sztabu Generalnego oraz wśród niektórych wyższych dowódców tajnego związku. Nawiązałby on kontakt z Amerykanami i przygotowywał się do tego, by w przypadku wybuchu wojny – Polska nie stanęła po stronie Sowietów, nie wsparła ich pochodu na Zachód i tym samym uniknęła ciosów nuklearnych. W czasie półrocznego pobytu w Wietnamie Kukliński bliski był skontaktowania się z dowództwem armii USA w celu nadania biegu swoim zamiarom. Wiedział jednak, jak dalece musi być posunięta ostrożność w urzeczywistnianiu tak doniosłych a zarazem szalenie niebezpiecznych planów. Także poszukiwanie współpracowników w polskiej armii wymagało ogromnej rozwagi. Ostatecznie kontakt z Amerykanami nawiązał w Amsterdamie w 1972 r. Oficerowie wywiadu byli pod wielkim wrażeniem polskiego pułkownika. Ocenili go jako człowieka zupełnie wyjątkowego, powodowanego najszlachetniejszymi intencjami (np. stanowczo odmówił przyjmowania kiedykolwiek jakichkolwiek gratyfikacji). Stwierdzili jednak, że zawiązanie spisku w dowództwie polskiej armii musiałoby skończyć się tragedią. Zaproponowali więc współpracę polegającą na dostarczaniu sowieckich dokumentów, które pozwalałyby Zachodowi przeciwdziałać sowieckim planom i powstrzymywać wybuch wojny. W życiu Kuklińskiego zaczął się nowy, trudny i niebezpieczny okres. Okazało się też, że i dla amerykańskiego wywiadu nastąpił duży przełom a tajne działania polskiego pułkownika zaczęły odgrywać rolę nawet na arenie światowej polityki.

Im bardziej narastała przewaga Sowietów nad armiami krajów Zachodu – tym bardziej rosło zagrożenie wybuchem trzeciej wojny światowej. Jednym z pierwszych dokumentów przesłanych Amerykanom były najnowsze plany agresji. W pierwszym natarciu miało brać udział m.in. ponad 600 tysięcy żołnierzy polskich. Parę dni później Sowieci mieli rzucić do walki pięćdziesiąt dywizji, dwa miliony żołnierzy i ponad milion pojazdów opancerzonych. Szczegóły nadesłanych przez Kuklińskiego planów wstrząsnęły Pentagonem. Stwierdzono, że przeciwnik świetnie rozpoznał wszystkie słabe punkty Zachodu. Natychmiast przystąpiono do naprawiania wątłości działających na Związek Sowiecki jak zachęta do inwazji.

Od końca lat sześćdziesiątych pułkownik należał do najściślejszego grona osób mogących docierać do najtajniejszych materiałów. Dzięki nim NATO mogło wiedzieć, które obszary Sowieci uznali za słabo bronione i dogodne do desantu. Mogli też poznać słabe punkty najnowszego uzbrojenia, co ułatwiało przygotowanie broni mogącej powstrzymać najeźdźców. Dziewięć lat wywiadowczej pracy Kuklińskiego utrudniało Związkowi Sowieckiemu osiągnięcie przewagi, którą uznałby za wystarczającą do rozpoczęcia wojny. Ilość i jakość przekazywanych materiałów była dla Amerykanów oszołamiająca. Szefowie CIA szczerze przyznawali, że z wielu zagrożeń wcześniej nie zdawali sobie sprawy. Zarazem niepokoiło, że ilość informacji otrzymywanych od Kuklińskiego jest tak ogromna. Kopiował on tysiące stron dokumentów a przecież nawet zrobienie jednego zdjęcia w siedzibie Sztabu było ryzykiem. Apelowali więc, by polski bohater nie narażał się nadmiernie. Z tej samej przyczyny prosili, by nie fotografował dokumentów, do których będzie mógł dotrzeć przebywając w Moskwie. Pomimo tego z delegacji do Kulikowa pułkownik przywoził masę mikrofilmów. Z rozmów z najwyższą generalicją sowiecką starał się dociec jej poglądów i intencji. W połowie lat siedemdziesiątych jedna ze standartowych wypowiedzi brzmiała:  Mamy przewagę.  W ciągu dziesięciu – dwunastu dni możemy osiągnąć cele strategiczne i wyeliminować z walki najważniejsze państwa NATO w Europie bez używania pocisków nuklearnych. Jeśli oni użyją broni jądrowej – obojętnie, czy w postaci min czy pojedynczej głowicy – nasza odpowiedź będzie tylko jedna. Globalna.

Poważnym problemem było przekazywanie amerykańskim współpracownikom tak dużych ilości tajnych materiałów. Pomimo długotrwałego obserwowania miejsca spotkań i licznych, czasochłonnych środków bezpieczeństwa – Kukliński kilkakrotnie bliski był dekonspiracji a bywało, że musiał salwować się ucieczką. Zdarzało się też, że omal nie zastano go w czasie fotografowania sowieckich dokumentów.

W opinii CIA pułkownik był najwyżej postawionym i najskuteczniejszym źródłem informacji w całym Bloku Sowieckim. Do 1977 r. przekazał Amerykanom 20 000 stron ściśle tajnych dokumentów, co posłużyło do opracowania 1200 raportów. Wywiad nie nadążał z tłumaczeniem tak ogromnej ilości materiałów. Początkowo przesyłki Kuklińskiego przekładało na angielski sześciu tłumaczy – rusycystów i pięciu polonistów. Wkrótce okazało się, że konieczne jest zatrudnienie co najmniej dwukrotnie większej liczby tłumaczy. Wg jednego z zajmujących się tymi materiałami analityków – ich zawartość nieustannie jeżyła włosy na głowie.

W 1980 roku Polska skupiła uwagę świata a wzbierająca fala strajkowa już od pierwszych dni wzbudziła najwyższy niepokój na Kremlu. Oczywiście z największą powagą został potraktowany też przez rządzących Polską komunistów. Już 14 sierpnia przełożony Kuklińskiego powierzył mu zadanie kierowania zespołem analizującym rozwijający się, społeczny protest. Rozważane było rozjechanie strajków czołgami. Sztab zgodził się jednak z opinią zespołu, że wysłanie wojska przeciw robotnikom jedynie zaogni sytuację. Wkrótce liczba strajkujących zakładów przekroczyła trzysta, co oznaczało, że tak wielkich wystąpień nieprzygotowane wojsko stłumić nie zdoła. Przerażone władze ograniczyły się do półśrodków, polegających m.in. na aresztowaniu ok. 20 sierpnia części działaczy opozycji. Jednak już 22 października 1980 zespół Kuklińskiego dostał nowe zadanie – przygotowania planów wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Oczywiście wszystkie te, posiadające klauzule najściślejszej tajności informacje, natychmiast przekazywane były Amerykanom. W efekcie już 23 października Zbigniew Brzeziński przewodniczył w Waszyngtonie specjalnie powołanej komisji zajmującej się wydarzeniami w Polsce. Doradcy prezydenta d.s. bezpieczeństwa narodowego USA udało się w pełni przekonać Jimiego Cartera, by stanowisko Stanów Zjednoczonych wobec Związku Sowieckiego było twarde i jednoznaczne. Materiały napływające od Kuklińskiego umożliwiały wysyłanie w kierunku Sowietów ostrzeżeń w najodpowiedniejszym czasie i najwłaściwszej formie.

Wg pułkownika – sytuacja w elicie władz komunistycznych, jak i w dowództwie wojska nie była jednoznaczna. Armia dowodzona przez Jaruzelskiego nie przygotowywała jakichkolwiek planów na wypadek sowieckiej interwencji. Nie znaczy to jednak, że w całości nie stawiłaby oporu. Część wyższych dowódców była szczerymi patriotami. Nawet bezpośredni przełożony Kuklińskiego - gen. Skalski, którego brat zginął w Katyniu – z trudem skrywał nienawiść do wschodniego imperium. W reżimie zwyciężał jednak nurt prosowiecki. Mnożyły się działania mające zachęcić Rosjan do wkroczenia i „zrobienia porządku” w Polsce. Informacje o rzekomym bezczeszczeniu radzieckich cmentarzy i pomników wdzięczności były wielokrotnie powtarzane przez „Trybunę” i „Dziennik Telewizyjny”.

Przełom listopada i grudnia 1980 roku był dla Kuklińskiego czasem wyjątkowo intensywnej działalności. Alarmował o kolejnych faktach wskazujących na to, że wojska sowieckie są na progu wkroczenia do Polski. Jeden z raportów  zawierał informacje o działalności na terenie kraju specjalnych grup wywiadu NRD i CSRS. Miały one zadanie wsparcia interweniujących armii, przygotowujących się do wkroczenia lada dzień. Kolejny zawierał listę 18 dywizji sowieckich, oczekujących w pełnej gotowości na rozkaz zaatakowania Polski. Informacje te błyskawicznie trafiały do Brzezińskiego, który nie zasypywał gruszek w popiele. W sprawie obrony Polski rozmawiał m.in. z papieżem, cieszącym się przecież wielkim autorytetem wśród mężów stanu i dysponującym wielką siecią dyplomacji watykańskiej. Szybko powstawał blok międzynarodowego sprzeciwu wobec zamiarów Breżniewa i towarzyszy. Biały Dom zwołał nadzwyczajne posiedzenie  Rady Bezpieczeństwa Narodowego i skierował do Moskwy najbardziej stanowcze ostrzeżenia. To, że nie doszło do inwazji wojsk Układu Warszawskiego w zaplanowanym dniu – 8 grudnia 1980 roku – w ogromnej mierze zawdzięczamy temu, że trzech Polaków znajdowało się wtedy na wyjątkowych stanowiskach. Pierwszym był oczywiście papież, zamach na którego ,dokonany pięć miesięcy później, być może miał na celu osłabienie pozycji rozbijającej sowieckie imperium Polski. Zbigniew Brzeziński zadbał o to, by sprawa w tych trudnych dniach stała się priorytetem zagranicznej polityki najpotężniejszego państwa świata. A Ryszard Kukliński stanowił podstawowe źródło informacji, dzięki którym ostrzeżenia nadchodziły w porę.

21 grudnia 1980 Kukliński przekazał Amerykanom dokumenty, z których wynikało, że przygotowania do interwencji zostały odroczone. Wkrótce jednak zaczęły napływać informacje o kolejnych działaniach Sowietów. Na terenie Polski rozmieszczono m.in. 18 ukrytych centrów łączności. Jaruzelski, również potajemnie, wylatywał rosyjskim samolotem do Moskwy. Wszystko więc wskazywało na to, że wybrała ona metodę umacniania swoich wpływów za pomocą wiernego sobie reżimu. Plakaty obwieszczające ukonstytuowanie się Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego i wprowadzenie stanu wojennego były drukowane, dla utrzymania tajemnicy, w Związku Sowieckim już kilka miesięcy przed 13 grudnia. Moskwa nie rezygnowała jednak z przygotowań do agresji, tak jak i nie zrezygnowała z planów wojny z Zachodem. W 1981 r. Rosjanie potroili ilość czołgów w bazie w Bornem Sulinowie. Żądali wprowadzenia do polskiej armii sowieckich „doradców” wojskowych. Byli oni w niej nieobecni od 1957 r. a tym razem mieli przeniknąć także do najniższych szczebli polskich sił zbrojnych. Jaruzelski zgodził się na nowelizację traktatów z ZSRS, stanowiących o całkowitej podległości naszego wojska w przypadku wojny. Polska armia miała zajmować się osłanianiem działań Sowietów, równocześnie nie mając rzeczywistych planów ani środków obrony własnego terytorium i własnych obywateli.

 W listopadzie 1981 r. sowiecki kontrwywiad otrzymał kolejne informacje o przecieku do USA najtajniejszych dokumentów Moskwy. Kukliński był jednym z bardzo nielicznych, mających do nich dostęp. W zaistniałej sytuacji  musiał, wraz z rodziną, szukać azylu w Ameryce. Mimo, iż bardzo doceniony przez patriotów a potem nazwany pierwszym polskim żołnierzem NATO, nie zaznał w Stanach wytchnienia i szczęścia. W tajemniczych okolicznościach zginęli obydwaj synowie pułkownika.

Być może dla wielu z nas wspomnienie o możliwości wybuchu trzeciej wojny światowej wydaje się iluzoryczne. Lecz przecież aż do początków lat dziewięćdziesiątych bez przerwy znajdowały się w powietrzu sowieckie i amerykańskie bombowce strategiczne, wyposażone w setki głowic atomowych. Supermocarstwa trzymały się zasady, że do konfliktu może dojść w każdej chwili i pierwszym celem ataku będą składy najgroźniejszej broni przeciwnika. Przez dziesięciolecia część tych bomb cały czas znajdowała się w samolotach wykonujących wymiennie wahadłowe kursy i gotowych do ataku w każdej chwili. Ile razy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wojna „wisiała na włosku” – dowiemy się może dopiero w przyszłości, po otwarciu ciągle tajnych archiwów. Wiele wskazuje na to, że do katastrofy nie doszło, gdyż Zachodowi zawsze udawało się zapobiec osiągnięciu wystarczającej militarnej przewagi przez Związek Sowiecki. Zdrajcą mogą Kuklińskiego nazywać sowieccy imperialiści oraz podlegli im zaprzańcy. Cała jego współpraca z Amerykanami ściśle odpowiadała polskiemu interesowi narodowemu i oddała Polsce nieocenione usługi. Nie do zaakceptowania jest też określanie jego roli „kontrowersyjną”. Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” protestował przeciw nazywaniu Kuklińskiego bohaterem. Redaktor znany z uzurpowania sobie prawa do wydawania certyfikatów moralności, zasług i patriotyzmu pisał: Jeśli ten cały festiwal (towarzyszący wizycie Kuklińskiego) ma oznaczać, że stosunek do niego i amerykańskich służb specjalnych stanie się testem na patriotyzm Polaków, będzie to żałosny finał polskiego marzenia o wolności. Tak samozwańcze autorytety moralne potrafią traktować ludzi najwyższych zasług, którzy dla dobra Polski nie wahali się narażać na skrajne ryzyko i którzy ponieśli najwyższe ofiary.

Artur Adamski

 

 

Największa część informacji zawartych w artykule pochodzi z książki Benjamina Weisera „Ryszard Kukliński – życie ściśle tajne”.

 

powrót