|
|
|
|
|
Najbliższy nieobecny - wspomnienie o ks. Twardowskim Barbara Gruszka-Zych Zbiorek opatrzony
był nazwiskiem Jan Twardowski bez skrótu „ks”. Ale w
środku znajdowały się wiersze o mówiących tytułach:
„papież”, „mała litania”,
„baranek”, „przez pamięć Nikodema”.
Czuć było, że pisał je głęboko wierzący,
który wie, że „Baranek wielkanocny wybiega z rozpaczy”.
Potem pojechaliśmy do Księdza do kościoła Sióstr Wizytek
przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Często można
było Go zastać w konfesjonale. Zawsze czekała do Niego kolejka
chętnych. Niektórzy żartowali, że Ksiądz jeszcze zanim
wysłucha, to już daje rozgrzeszenie. Tak wierzy w Miłosierdzie
Boga i tak docenia wszystkich, którzy przyszli wyznać swoje winy.
Przyjmował nas studentów śląskiej i warszawskiej polonistyki w
zakrystii, a właściwie pomieszczeniu przy niej, to było takie
miejsce spotkań z odwiedzającymi. Zapraszał, żebyśmy
usiedli, pytał skąd jesteśmy, jak długo jechaliśmy,
czy jesteśmy zmęczeni i głodni. Interesował się
każdym z osobna, starał się zapamiętać nasze imiona.
Jola, Zuzia, Andrzej, Basia – odwiedzaliśmy w tym samym
składzie Księdza przynajmniej raz w roku. Na koniec – do
dziś nie wiem czy to była kokieteria, czy prawdziwe niedowierzanie
– pytał nas przechylając głowę – „I wy
tak naprawdę mnie czytacie? I naprawdę wam się to podoba? A
moje wiersze takie tam...”. Zapewnialiśmy Go, że jest
najbardziej czytanym poetą polskim, że uwielbia go
młodzież, wypisuje cytaty z Jego wierszy, uczy się ich na
pamięć. Jeszcze wtedy na nekrologach nie umieszczano początku
Jego wiersza „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko
odchodzą” poświęconego Annie Kamieńskiej, wybitnej,
niedocenionej poetce, z którą się przyjaźnił. Pamiętam
jak kiedyś na spotkanie z nami przyszedł z ręcznymi notatkami
– wspomnieniami o niej. Czytał nam fragmenty i prosił,
żebyśmy zajrzeli do jej wierszy i prozy, zaznaczał, że
sam musi dokończyć wspomnienia czy może
dogłębną analizę jej twórczości religijnej. I rzeczywiście
– zachęcił nas do tej ważnej lektury, bo przecież
na polonistyce nikt nam o niej wtedy nie wspominał. Przyjmował od
nas bukiety kwiatów, pomarańcze, czekolady i mówił, że
należą się innym. Kiedyś na urodziny 1 czerwca (bo
urodził się w dzień Dziecka) przyniosłam Mu bukiet
kwiatów, który dostałam jako laureatka Konkursu Poetyckiego
„Twojego Stylu”. Poety nie było w kościele, ale na jego
stoliczku w wazonach i słojach tłoczyły się kwiaty.
Zawsze podczas spotkań dawaliśmy Mu jego tomy do podpisania:
„Baśce i Zbyszkowi z prośbą o pamięć i
modlitwę” – pisał na jednym z nich. A potem naszym
synom: „Drogim Tymoteuszowi i Błażejowi –
najserdeczniej”. Dałam Mu do przeczytania własne wiersze.
„Te wiersze są proste, pisane bez zbędnych udziwnień.
Myślę, że łatwo mogą trafić do
czytelnika” – napisał mi w liście, którego fragment wykorzystałam
potem we wstępie tomiku „Teren Prywatny”. Z czasem coraz
częściej Zuzia, pracująca w Bibliotece UW, najbliżej
miejsca zamieszkania Księdza, donosiła nam o złym stanie
zdrowia naszego Poety. A to, że ma kłopoty z sercem, a to z
nerkami. Ale zawsze starał się być wesoły,
żartował, opowiadał anegdoty, które spisywał w
„Niecodzienniku”. Nie wiedzieliśmy czy to zmyślenia czy
prawda. Na przykład taki fragment: „Prosiła dla siebie o
świadectwo zgonu. – A po co to pani? – Kiedy umrę jak
ja to załatwię?”. Kiedyś pomylił wiek mój i Joli,
wyszło na to, że dał nam o 10 lat za mało i zwracał
się do nas na „ty”. Kiedy przypomniałyśmy, że
mamy już dzieci, był zakłopotany i przepraszał nas,
że nie zwracał się per „pani”. Należy wam
się szacunek – mówił. Kiedy ostatni raz odwiedziłam go z
synem Tymkiem rozmawialiśmy o nienawiści, przebaczeniu i
miłości: „Ocalić nas może miłość.
Ale nie tylko samo uczucie zakochania, ale troska o drugiego, opieka, wyjście
poza siebie do kogoś. Ona jest najważniejsza, bez niej nie ma
całego życia.” Wychodził do nas w swoich wierszach i
podczas spotkań. Dziś wybór Jego wierszy nie przez przypadek
otwiera się na słowach: „przecież tylko nieobecni
są najbliżej” („o nieobecnych”). |