|
|
|
|
|
Los jak donos żałosny Byli agenci wierzą, że ich życie
było, jest i będzie życiem naznaczonym. Najpierw winą. A
potem karą za winę. Są pewni, że kara była
nieuchronna. Nadeszła, zanim jeszcze się ujawnili. Tych, którzy
głośno przyznali się do współpracy z SB, nadal jest w
Polsce garstka. Garstka tych, którzy uznali, że nie mają już
wiele do stracenia. Dawno stracili już wszystko lub prawie wszystko.
Odpowiedzialnością za to obarczają siły, na które nie
mieli żadnego wpływu - Boga, los, przeznaczenie. Pod koniec
ubiegłego roku na publiczną spowiedź zdecydował się
doktor Andrzej Jankun, botanik. Wkrótce potem wyspowiadał się
Stanisław Filosek, działacz hutniczej Solidarności. W lutym
2005 roku tajny konfident Szajbus skutecznie targnął się na swoje
życie. W tym samym czasie pewien pracownik gazowni w Trójmieście
postanowił wyznać prawdę koledze z opozycji. WINA Donos pierwszy: podpisał, bo bał się
bólu Bogdan Borusewicz,
człowiek ikona gdańskiej Solidarności, nie potrafi
wybaczyć Mieczysławowi Cholewie, twórcy ballady o „Janku
Wiśniewskim, który padł”, jednego raportu. Cholewa
poinformował w nim SB o drobnym fakcie z życia Aliny
Pieńkowskiej, późniejszej żony Borusewicza. O tym, że
wyszła z domu Bogdana rano z torbą. I że w torbie miała
piżamę. Na tej podstawie Służba Bezpieczeństwa
uznała, że Pieńkowska źle się prowadzi. Tego akurat donosu
Cholewa w ogóle nie pamięta. Pamięta za to doskonale czasy swojej
młodości. Wtedy, gdy każdy pracować musiał, Cholewa
nie pracował, tylko jeździł autostopem, śpiewał
hipisowskie piosenki i tańczył na dansingach. Zdziwił się
mocno, gdy pewnego grudniowego dnia, wracając z nocnej hulanki,
zobaczył na ulicy tłum stoczniowców. Zdziwił się, kiedy
wycelowano w ludzi karabiny, gdy padły pierwsze strzały. Potem ujrzał,
jak w tłum wpada milicjant, a z tłumu wypada tylko jego
kadłub. Do dziś Cholewa nie wie, gdzie podziały się
ręce i nogi mundurowego. Wtedy po raz pierwszy poczuł, jak smakuje
strach. Dotąd bał się jedynie ojca. Znanego w Trójmieście
adwokata o żelaznych zasadach wyniesionych jeszcze z wojennej
partyzantki. Więc kiedy milicjanci złapali go na paleniu papierosów
z opium, Cholewa junior myślał tylko o gniewie ojca. Czuł,
że oddałby duszę nawet diabłu, jeśli ten
oszczędziłby mu ojcowskiej furii. Diabeł się nie
pojawił, za to do drzwi adwokata zapukało dwóch panów w
kapeluszach. Otworzył im syn prawnika. I tak za cenę milczenia
Mieczysław Cholewa, człowiek, który w latach 80. chciał
zostać wielkim bardem opozycji, stał się donosicielem. Przez
jakiś czas wyłącznie na papierze. Dopiero gdy rozgnieciono mu
twarz butami, kiedy poczuł nie tylko strach, ale także ból, a potem
jeszcze strach przed bólem kolejnym, dopiero wtedy stał się dla SB
wysoko ocenianym Rejtanem. I do końca lat 70. pisał
szczegółowe raporty na Borusewicza i innych ludzi z gdańskiej
opozycji. Z donosu Rejtana: Wczoraj Bogdan
Borusewicz zabrał prawie wszystkie przechowywane u mnie materiały.
Zostawił jedynie "Robotnika", "Aneks" i
taśmy... Chwilę rozmawialiśmy. Powiedział mi, że
Wałęsa w stosunku do Komitetu Obrony Robotników zachowuje się
cynicznie. - Od dawna domyślałem się, że Cholewa jest
agentem - przyznaje Borusewicz. - Miał słaby, chwiejny charakter,
należał do kategorii ludzi, którzy łatwo dają się
złamać. Obrzydliwe jest to, że bardzo przejął
się swoją rolą, wchodził w prywatne życie innych
ludzi z butami. To ważne, zwłaszcza dla niego samego, że
się przyznał. Ale ja ręki mu nie podaję. Donos drugi: podpisał, bo bał się o
rodzinę Syn pracowitego
chłopa spod kieleckiej wsi Stanisław Filosek, ksywa Kałamarz,
nigdy nie lubił polityki. Wziął sobie do serca słowa
matki: - Ty się, Staszek, w żadną organizację nie pakuj,
bo przyjdzie kiedyś taki dzień, że brat przeciw bratu z
nożem na ulicę wyjdzie. Filosek ufał chłopskiej matczynej
mądrości. Zresztą nad zebrania i przemówienia
przedkładał sport. Lubił grać w piłkę
nożną, ale też wozić biedne nowohuckie dzieci na kolonie.
W końcu jednak dał się porwać zrywowi wolności,
zapomniał o rodzicielskim ostrzeżeniu i zapisał się w
huku maszyn walcowni Zgniatacz Huty imienia Lenina do pierwszej
Solidarności. - Nie o
politykę mi chodziło, tylko o ludzi, którym żyło się
coraz gorzej - wyjaśnia. - Od razu wziąłem się do roboty.
Nie przemawiał, nie agitował, tylko zbierał pieniądze.
Dla tych, o których socjalistyczna huta nie chciała pamiętać.
Choćby tych, których przestarzałe hutnicze maszyny zamieniły w
inwalidów. 16 grudnia 1981 roku hutę poświęconą Leninowi
spacyfikowało ZOMO. Filoska i jego kolegów wywieziono wprost z walcowni.
Trafił na komendę milicji w Krakowie, całą noc
przeleżał w jej dusznych podziemiach. Na licznych
przesłuchaniach zachowywał się jak twardziel. -
Pocałujcie mnie w dupę - mówił, kiedy żądali, by
podpisał, że będzie odtąd lojalny wobec socjalistycznej
ojczyzny, w którą, w przeciwieństwie do Boga, już nie
wierzył. Odmawiał władzy nawet wtedy, gdy zamknęła
go w więzieniu - najpierw w Wiśniczu, potem w
Załężu. W końcu wrócił do Nowej Huty z nakazem
stawienia się w krakowskiej komendzie. Był styczeń 1982 roku.
Na zewnątrz było bardzo zimno, a w pokoju przesłuchań
bardzo gorąco. Ubek mniej
ważny był grzeczny, za to ubek ważniejszy - nie. - Kochasz
rodzinę? - zapytał ten, od którego wszystko zależało. - Kocham. - To jej
więcej nie zobaczysz. Zgnijesz w kryminale, a twoja rodzina w nędzy. Jeszcze jakiś
czas Filosek się bronił. Oświadczył, że katolikowi
nie wolno w życiu kłamać. - Ale my chcemy od
ciebie prawdy i tylko prawdy - usłyszał. Pisał donosy
gorliwe, brzydkie i dobrze opłacane. Ze szczegółami opowiadał,
kto, gdzie i kiedy z jego przyjaciół hutników prowadzi
działalność na szkodę PRL. Donosił na Edwarda
Nowaka, twórcę nowohuckich wolnych związków zawodowych,
donosił na swojego przyjaciela ze Zgniatacza Stanisława Handzlika. - Co ciekawe, w
tym samym czasie, jak i później, Filosek wspierał finansowo rodziny
działaczy Solidarności - mówi Handzlik, dziś radny miasta
Krakowa. - Taką już miał osobowość. Gorliwy
był, gdy donosił, gorliwy, gdy pomagał. Z teczki Kałamarza: Z dokumentów,
jakie w IPN zobaczył Edward Nowak, jasno wynika, że Filosek za
donosy dostawał od SB bardzo przyzwoite wynagrodzenie. Zapłacono mu
także za to, że w 1982 roku wsypał Nowaka, kiedy ten
przygotowywał sobie kryjówkę. - Byłem
internowany. Ale po śmierci ojca dostałem trzydniową przepustkę
z więzienia - wspomina Nowak. - Załatwiłem sobie fikcyjne
leczenie w szpitalu po to, by mieć czas na znalezienie miejsca, w którym
mógłbym się ukrywać. Staszek odwiedzał mnie często,
przynosił kwiaty i... słuchał. Wiedział, że zanim
zniknę, odwiedzę na chwilę dom, zabiorę rzeczy,
pożegnam się z rodziną. Kiedy zjawiłem się w domu,
czekała już na mnie milicja. Przesiedziałem w sumie trzy lata.
Donos trzeci: podpisał, bo grozili Syberią Doktor
habilitowany Andrzej Jankun, dla SB tajny współpracownik Żalgiris,
o mały włos profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, botanik, z
domu wyniósł zamiłowanie do pięknych rzeczy, motyli,
kaligrafii, obrazów i natury. I wyniósł jeszcze paraliżujący
lęk przed Sybirem. Pochodzi z Wileńszczyzny, w jego
żyłach płynie krew polska, rosyjska i łotewska. W 1940
roku, roku swojego urodzenia, wraz z matką skazano go na wywóz do
łagrów. Dziadek chłopca, były oficer carskiej armii,
zapłacił za życie córki i wnuka dwoma garściami złota.
Po wojnie Jankun
trafił do Krakowa. Zajął się perwersjami seksualnymi
jarzębiny. I może zajmowałby się przez całe
życie tylko roślinami, gdyby na początku lat 70. nie
odebrał pewnego telefonu. Usłyszał, że ma się zgłosić
do Urzędu Bezpieczeństwa. - Ale ja tam
nikogo nie znam - powiedział. Usłyszał: - My za to pana znamy.
Doskonale. Znali też jego kuzynkę. Wicekonsula w konsulacie
brytyjskim w Krakowie. - Jest szpiegiem
obcego mocarstwa - powiedzieli. - Pana też uznamy za szpiega. Wie pan,
jaki los spotyka szpiegów? W najlepszym układzie Kołyma. Jankun-Żalgiris
donosił na naukowców z UJ bez przekonania. Na pytania oficera SB
odpowiadał ogólnikowo, starał się nie podawać
żadnych nieznanych szerzej szczegółów. Tak przynajmniej wynika z
odkrywanych właśnie przez uczelnię dokumentów. Ale
donosił przez kilkanaście lat. Nawet wtedy, gdy zapisał
się do uniwersyteckiej Solidarności, a w jego mieszkaniu miały
odbywać się zebrania związkowców. Z donosu Żalgirisa: Prof.
Łużny wycofał się [z wyborów do władz
Solidarności UJ - przyp. autora], ponieważ najprawdopodobniej
będzie ubiegał się o stanowisko dyrektora Instytutu Filologii
Rosyjskiej. Ze stanowiska tego został usunięty rok temu przez prof.
Hessa. Zwolniony został za pisanie artykułów do "Tygodnika
Powszechnego" i za wygłaszanie referatów w Duszpasterstwie
Akademickim. Donos czwarty: nie wiadomo, dlaczego podpisał Miał wiele
namiętności. Lubił czytać poezję i ścigać
się na żużlu. Ale najbardziej lubił otaczać się
wyjątkowymi ludźmi. Zbigniew Fijałkowski, znany w Krakowie
jako Szajbus, szukał ich długo, znalazł ostatecznie w Piwnicy
pod Baranami. Wszedł do piwnicy z kabaretem i prawie z niej nie
wychodził przez 30 lat. Słuchał wierszy Wiesława Dymnego
i opowieści Piotra Skrzyneckiego, nucił melodie Koniecznego i
Preisnera. W końcu Szajbus całkiem wtopił się w
Piwnicę, a Piwnica w niego. Opuszczał ją tylko za dnia. Wtedy
handlował walutą i jeździł taksówką. I czasem
jeszcze pisał, choć wciąż jeszcze nie wiadomo
dokładnie, o czym donosił i na kogo. I właściwie
dlaczego. - Chyba ja sam
tego nie wiedziałem - przyznał kiedyś Fijałkowski. Ale
gdy to mówił, był już wariatem, miał żółte
papiery. Pokazywał goły tyłek policjantom na komisariacie,
pił z gwinta wiśniówkę pod Sukiennicami, a w kawiarniach
wrzucał turystkom sztuczną szczękę do herbaty. Opowiada dawny
znajomy: - To był łajdak. W czasach biedy i zniewolenia on
rozbijał się najdroższymi samochodami, szastał kasą,
żył na granicy prawa lub poza prawem. Był bardzo towarzyski,
miał kogo denuncjować. Wkopywał ludzi w polityczne tarapaty,
potem, zazwyczaj za pieniądze, wyciągał ich lub też nie
wyciągał z kłopotów. Na samą myśl o tym, jak
perfidny był agent Fijałkowski, zbiera mi się na wymioty. KARA Zapłata od losu: praca i płaca robola.
Odrzucenie Tomasz Olszewski,
solidarnościowy pieśniarz, dziś dziennikarz Radia Gdańsk,
nie może się nadziwić temu, jak Cholewie dziwnie żyje
się w wolnej Polsce. Kilka lat temu, po jakimś koncercie,
trafił do domu dawnego kolegi na wódkę. - Nie mogłem
uwierzyć w to, co zobaczyłem - wspomina radiowiec. - Człowiek,
którego pieśń o Janku Wiśniewskim rozsławiła
Gdańsk, nie przymierzając, jak Lech Wałęsa, zarabiał
na życie, odczytując liczniki gazowe. A potem zdziwiłem
się jeszcze bardziej, gdy w środku nocy pojawiła się
Cholewowa. Właśnie skończyła myć gary w podłej,
nadmorskiej knajpie. Wtedy jeszcze
Olszewski nie wiedział, że Cholewa był agentem.
Myślał, że to chichot historii, może cynizm losu. Cholewa
wie, że los go zdeklasował. Ma poczucie, że to za karę,
za ześwinienie się. - Czego bym nie próbował, i tak kończyłem
w gównie - przyznaje. Najpierw chciał się z losem zmierzyć.
Kiedy SB dało mu już spokój, zaangażował się, ze
szczerego serca, w rodzącą się Solidarność. Córce
dał na imię Anna - na cześć Walentynowicz, synowi Bogdan
- po Borusewiczu. Zakładał opozycyjne radio w Stoczni
Gdańskiej, koncertował, pił, a pić lubi, z Lechem
Wałęsą i swoim mistrzem Jackiem Kaczmarskim. Marzył, by
tak jak Kaczmarskiego, tak i Cholewę słuchano z zapartym tchem. Ale
wciąż był Cholewą od jednej pieśni. Ostatecznie
zupełnie o nim zapomniano. - Ludzie odsuwali
się ode mnie, choć przecież nie wiedzieli, że byłem
kapusiem. Tak jakby przeczuwali, że mają do czynienia z
człowiekiem, od którego czuć polityczną uryną -
wyjaśnia były hipis i autostopowicz. - Uryną
przesiąknięte zostało całe moje życie. Do dziś
gnębią mnie koszmary, nie potrafię przespać spokojnie
jednej nocy. Zapłata od Boga: umierająca żona Agent Filosek,
choć brał pieniądze za opowieści o kolegach, jak
oszalały pomagał i do dziś pomaga ludziom biednym, chorym, opuszczonym.
Jeździł z obcymi dziećmi na obozy, zbierał pieniądze
na zimowiska dla niepełnosprawnych, sam wpłacał wielkie datki,
choć wcale mu się nie przelewało. Ale i tak chciał
się kiedyś utopić - w rzece na Białorusi. - Kiedy
podpisałem cyrograf dla Służby Bezpieczeństwa,
wiedziałem, że Bóg ukarze mnie za to bardzo boleśnie -
przyznaje były agent zwany Kałamarzem. Najmocniej odczuł boski
sąd dwa lata temu, kiedy serce jego żony nie chciało już
dłużej bić. Przez 40 dni Maria Filosek leżała w
szpitalu w śpiączce, a za jej oddech odpowiedzialne były
maszyny. Lekarze nie dawali jej mężowi żadnej nadziei. A on
prosił tylko Boga, by mu wreszcie przebaczył. I nie odbierał
tego, co dla syna pracowitego chłopa z podkieleckiej wsi było
najważniejsze. Bóg wysłuchał Filoska i wrócił mu
żonę. Potem kazał mu się przyznać do współpracy
z SB. Żonie i kolegom. Zrobił to kilka tygodni temu. Po spowiedzi
męża Maria Filosek odetchnęła z ulgą. Wreszcie zrozumiała,
dlaczego przez ponad 20 lat żyła pod jednym dachem z obcym
mężczyzną. - Było sobie
dwóch Stanisławów - wyjaśnia kobieta. - Ten, którego poznałam,
był radosnym, otwartym na świat i ludzi chłopakiem. Drugi
Stanisław był wrakiem człowieka. Przez lata
zadręczałam się pytaniami o to, co sprawiło, że
mąż tak bardzo się zmienił. Zapłata od przeznaczenia: samotność - To miły,
spokojny, kompetentny uczony - mówi o Jankunie jeden z jego kolegów z
wydziału biologii i nauki o Ziemi. - Ale zawsze odróżniał
się od nas, chodził własnymi drogami. Tak jakby
przygniatał go jakiś niewidzialny garb. Z garbem Jankun
postanowił żyć samotnie. Jeździł z nim po
świecie, gdzie poznawał innych miłośników motyli i
obrazów, chodził z nim na wykłady. Miał go przy sobie, gdy
umierali jego najbliżsi. Polscy i nie tylko polscy patrioci, którym do
głowy by nie przyszło, że ich Andrzej jest Żalgirisem. Nigdy nie
założył rodziny, nie chciał dzielić się swoim
przekleństwem z niewinną osobą. Wiedział, że
podpisując zgodę na współpracę, wyzwolił zło. A
zło zazwyczaj wyzwala zło kolejne. - Za jeden podpis, za strach,
którego nie potrafiłem odrzucić, zapłaciłem przegranym
życiem - twierdzi Jankun. Nie tylko dlatego, że kiedy w grudniu
ubiegłego roku dobrowolnie się ujawnił, władze UJ
podziękowały mu za dalszą współpracę. Nigdy już
nie wygłosi na nim wykładu, choć wykłady były jego
największą pasją. Nie będzie też, choć
właśnie miał nim zostać, profesorem. - Nie da się
przed tym uciec, można się tylko zastanawiać, czy
traktować to jako karę za popełnione winy, czy tylko jako
czarę goryczy przeznaczoną człowiekowi, który choć nie
chciał, ale jednak krzywdził innych. Ja wypijam tę czarę
dzień po dniu - dodaje naukowiec. Naukowiec od lat żyjący w
mieszkaniu pełnym obrazów, książek i kaligrafii. I pustym jak
muzeum po godzinach. Zapłata od siebie samego: śmierć W grudniu 2004
roku Szajbus wyjawił pewnej znajomej strzępy swojego
życiorysu. Nie chciał być kloszardem, nie chciał pić
wiśniówki z gwinta na krakowskim Rynku. Chciał być królem
życia. Bezpieka dawała mu, na swój pokrętny sposób, poczucie
bezpieczeństwa i wolności. Mógł mówić i robić, co
chciał. Choćby handlować dolarami bez ryzyka wpadki, a potem
tańczyć nago wysmarowany masłem w lokalach ze striptizem. Poczucie
bezpieczeństwa okazało się z czasem złudne. -
Niebezpieczne, coraz bardziej, stawały się moje myśli -
mówił Szajbus. - W końcu od myśli oszalałem. To perfidna
kara za moje winy. Marzyłem o wolności, a sam siebie
zniewoliłem. Z czasem pozbył się ostatniego dolara i rodziny.
Została mu tylko wiśniówka i podarowana przez kogoś naga,
gumowa lalka, z którą obnosił się po Krakowie. W styczniu
ubiegłego roku Szajbus dopadł na krakowskim Rynku dziennikarza
Witolda Beresia. - Miał przerażenie w oczach - wspomina Bereś.
- Gadał trochę bez składu o Macierewiczu, o liście
Wildsteina, o tym, że sam musi zapłacić za krzywdy
wyrządzone innym, że tak naprawdę jest porządnym
człowiekiem. Miesiąc
później Szajbus karę za grzechy wymierzył sobie
własnoręcznie. Zbigniew Fijałkowski, który lubił
żużel, kabaret i donosił, powiesił się. Tuż
przed zaplanowaną starannie śmiercią na krakowskim Rynku
były współpracownik Służby Bezpieczeństwa
wrzucił po raz kolejny jakiejś turystce sztuczną
szczękę do herbaty. Ale już jej nie wyjął. Anna
Szulc 23.03.2006 |